Narodziny Łucji

Pod słowem „poród” może kryć się wiele przekonań, lęków, niewiadomych. Wierzę, że te przekonania można zmienić i zbudować na nowo obraz porodu (także narodzin po terminie porodu), jako wydarzenia pięknego, niezwykłego, przemieniającego.
Można to zrobić między innymi czytając opisy porodów w pełni naturalnych, które charakteryzuje wiara w mądrość natury, moc kobiecego ciała, zaufanie do dziecka.

To wszystko znajdziecie w historii o narodzinach Łucji.
Dziękuję serdecznie jej mamie, że zgodziła się, abym tutaj opublikowała opis tych pięknych chwil.


Opowieść mamy Łucji

„Od ponad tygodnia jestem po wyznaczonym terminie porodu. Czuję absolutny spokój i pewność, że Łucja urodzi się wtedy, kiedy przyjdzie na to czas.

Nie mam ochoty w żaden sposób jej poganiać.
Próby wywoływania porodu nawet naturalnymi metodami wydają mi się być przemocowym rozwiązaniem w stosunku do dziecka, które jeszcze nawet nie zdążyło wziąć pierwszego oddechu.
Szanuję ją i daję jej czas (a może staram się go nie zabierać? Nie ja jestem dawcą czasu).
Jedyne co mnie goni to świadomość, że jeśli miną 2 tygodnie, to według umowy kończy się możliwość porodu domowego.
Chociaż i tutaj myślę, że temat jest otwarty, bo moja położna sama rodziła 3 ze swoich dzieci w 43 tygodniu.
Więc trochę udaję, że coś robię, a tak naprawdę, to żyję jak do tej pory.

Od 2 tygodni mam bardzo wyraźne skurcze przepowiadające. 2 dni temu się nasiliły i stały regularne, ale po kilku godzinach wszystko przygasło.
Ok, widocznie tak ma być.
Jestem spokojna.

Od połowy ciąży nikt mnie nie badał wewnętrznie, ale od pewnego czasu mam wrażenie, że szyjka się stopniowo rozwiera. Nie sprawdzam tego nawet sama. Po co? To byłaby próba kontroli naturalnego procesu.
Odrzucam kontrolę.

Szansa, że się nie urodzi jest taka sama jak to, że nie umrze. Nie ma we mnie pragnienia opóźniania śmierci i nie ma pragnienia przyspieszania narodzin.
Urodzi się, jak będzie gotowa.

Dziś od porannego karmienia J. dostaję skurczy co 10 minut. Są intensywne, na każdym skurczu przykucam w kuchni smażąc naleśniki w międzyczasie.
Kiedy trwają już 2 godziny wchodzę do wanny, żeby sprawdzić, czy się wyciszą. Wyciszają się, stają się znów nieregularne.

Dziś niedziela, chciałabym iść na mszę, ale jednak rezygnuję. Sprzątam. O 12 karmię J. ponownie i skurcze co 10 minut wracają. O 14:30 dzwonię do położnej z pytaniem, czy wchodzić do wanny i sprawdzać czy się wyciszą czy próbować rozkręcać akcję.
Położna mówi, że to zależy od tego jak mi się spieszy.
Nie spieszy mi się.

Chłopaki jadą na myjnię. Wchodzę więc do wanny. W wannie 3 skurcze co 10 minut.
Dzwonię do położnej, że się nie wycisza, więc ona mówi, że odstawia dzieci do sąsiadki i powoli się do mnie zbiera, bo ma prawie 2 godziny drogi.
Wypada mi czop.
Więc tym razem to już faktycznie zaczyna się akcja.

Rozkładam sobie podkłady na dywanie w salonie i wtedy przychodzi skurcz po 7 minutach, drugi.
Piszę SMS do położnej, że już co 7. Mąż dzwoni jak sytuacja i czy mają wracać.
Mówię, że się rozkręca, skurcze co 7 minut, ale na spokojnie, nie muszą wracać, bo to pewnie jeszcze długo potrwa.
Ok, rozłącza się.
I wtedy dopuszcza do siebie głos intuicji, która mówi mu, że jednak powinien wrócić.

Trzeci skurcz po 7 minutach.
Chłopaki wchodzą do domu.
I wtedy rusza machina.
Co 3, co 2 minuty?
Nie wiem, nie jestem w stanie liczyć.

Dzwonię do położnej „Ona się zaraz urodzi”
„Nieee no, co 7 minut to jeszcze trochę…”
„one nie są co 7, są co 3”.
„Aha, bo jeszcze 10 minut temu były co 7. Chcesz jechać do szpitala? Bo ja dopiero ruszyłam”
Nawet nic nie odpowiadam.

Czuję, że muszę się położyć, żeby trochę zwolnić akcję, bo mam wrażenie, że czuję ją już w kanale rodnym.
To pęcherz. Pęka!

Zaczynam krzyczeć na skurczach.
To pierwotne, głębokie, dzikie warczenie prosto z gardła.
J. się przestraszył. K. tłumaczy mu jeszcze raz, co się dzieje i idą do drugiego pokoju wyjąć z szafy nowe klocki schowane na wypadek… czego?
Tak jakbyśmy wiedzieli, że tak będzie.

Wołam K., bo czuję, że główka wchodzi w kanał.
J. rozpakowuje na dywanie obok nas klocki, K. dzwoni do położnej.
„Co mamy zrobić jak się urodzi?”
„Nic, przytulić, zadbać żeby miała ciepło” odpowiada ciepłym, miękkim głosem.

Tak bardzo się cieszę, że już zaraz się spotkamy, córeczko. <3

K. wyjmuje z szafy ręczniki, kładzie je obok mojej głowy.
Wtedy J. przychodzi „ja też Ci podłożę, mamo, żeby Ci było wygodnie” i kładzie przy mnie kartki z nowenną pompejańską, którą odmawialiśmy za dobry, spokojny, naturalny poród i zdrowie dla mnie i Lusi.

Na jednym partym główka pojawia się w kroczu.
Czuję ją.
Chłopaki patrzą.
J. woła „widzę ją!”.
„Na następnym partym wyjdzie główka” mówię i tak się dzieje.
Położna na linii prosi K., żeby sprawdził, czy nie ma pępowiny owiniętej wokół szyi.
Ma.
K. wkłada palec przy szyjce i ją delikatnie luzuje.
Czuję jak Lusia porusza głową.
„Na następnym partym wyjdzie cała” mówię.

I tak się dzieje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Podobne artykuły