Narodziny Adzia – mój pierwszy poród

Ostatnie przygotowania

Od 3 dni jestem „o czasie”. Torba spakowana, plan porodu napisany, lekkie podekscytowanie. Szkoła rodzenia zaliczona, kwalifikacja do porodu w Domu Narodzin odhaczona, książka Ireny Chołuj „Urodzić razem i naturalnie” przeczytana. Czuję się gotowa i nie mam wątpliwości, że jestem stworzona do rodzenia. Myślę co jeszcze jest do zrobienia, żeby na poród mieć już tak zwaną „spokojną głowę”. Postanawiam domknąć sprawy w laboratorium, w którym miesiąc wcześniej zakończyłam badania do doktoratu.

Idę do labu, wraca napięcie w ciele – nie czułam się tam dobrze. Presja czasu, presja pracy, presja psychiczna. Ale to już ostatni raz! Robię spis rzeczy, które zostawiam dla osób kontynuujących mój projekt i żegnam się – ulga… Teraz pozostaje „tylko” napisanie rozprawy.

Wieczór mija nam jak zwykle, nie mam żadnych objawów zbliżającego się porodu. Żadnych skurczów, obniżonego brzucha, czopa, nic. Może dlatego też niczego specjalnego się nie spodziewam, idziemy spać.

Coś się zbliża

Nad ranem czuję coś dziwnego, jakby po brzuchu płynęła mi stróżka wody. Przebudzam się, otwieram lekko oko. Jest 6.00, przysypiam znowu.

Po jakimś czasie przebudzam się ponownie. Czuję, że coś ze mnie wypływa. Jest 8.00. Zaniepokojona wstaję, a spod mojej koszuli wylewa się na podłogę „szklanka” wód płodowych. Na szczęście są przejrzyste. Patrzę pod siebie zaskoczona.

„Kamiś! Wody mi odeszły!”

Mówiąc to na głos słyszę w swoim głosie przerażenie. Zaczynam się trząść.

Madzia, jest OK, to tylko wody”. „Ale to nie tak miało się zacząć…” – wiem, że zegar tyka. Jestem załamana. Biorę do ręki książkę i czytam fragment o odejściu wód. Mam 6 godzin na rozkręcenie akcji… Ale co potem? Co jak się nie uda? O tym nawet nie chcę myśleć. Biorę się za robotę.

Rozkręcanie akcji

Piłka, prysznic, golenie nóg, jajecznica, schodzenie ze schodów (mieszkamy na 9. piętrze, więc mam pole do popisu), lawenda, muzyka. Dopakowuję torbę. Jest 14.00, a skurczów brak.

No, to chyba jedziemy… Nie, ostatnia szansa, jeszcze krótki spacer. Wychodzę sama – jest zimno, kilka stopni na minusie. Chodzę po śniegu wokół bloku. Tuż obok jest kościół, wchodzę na chwilę. Modlę się o szczęście, bo strach już odebrał mi swoją pewność siebie. Czemu nie ma skurczów, czy coś jest ze mną nie tak?

Wychodzę. Pod kościołem stoi Kamil, samochód i torba gotowi do podróży. „Mieliśmy przed porodem jeszcze coś zjeść” – mówi, a ja – „No nie wiem, chyba nic nie przełknę”

Daję się namówić na szybki obiad, idziemy do „Pełnego Brzuszka”. Kamil zjada konkretną porcję, ja podjadam od niego zupę. Wychodzę poddenerwowana. Jest 14.30, a my dopiero ruszamy do szpitala. Wody co jakiś czas chlustają, a ja nie wiem, czy wszystko jest OK.

W drodze do szpitala zaczynam konkretnie odczuwać głód. Decydujemy się wstąpić jeszcze do baru naprzeciwko szpitala. Zamawiam pomidorówkę. W trakcie jedzenia wody chlustają tak, że muszę lecieć wymienić podkład. Przeciekło… Dobrze, że mam długi płaszcz. Posilona ciepłą zupą ruszam w kierunku izby przyjęć.

Izbowe procedury

Na wejściu zostaję zasypana pytaniami. Nie wiem, czy z tego wszystkiego nie zapomniałam wspomnieć, że chcę rodzić w Domu Narodzin. Czekam chwilę na swoją kolej do lekarza.

Zostaję wywołana. Opowiadam jaka jest sytuacja. Lekarka mówi, że w DN miejsce będzie za 2.5 godziny. „Ale skoro sączą się wody i nie ma skurczów to i tak powinna Pani dostać antybiotyk i oksytocynę”. Takie mają procedury. No i oczywiście „musi” mnie „zbadać”. Grzecznie kładę się, nie mając świadomości, jak duży to błąd. Badanie jest bardzo nieprzyjemne i trwa dłużej, niż bym chciała. Czuję ból. Na końcu „badania” lekarka ewidentnie z większą siłą wpycha palce, przesuwa głowę dziecka i na podłogę wylewa się bardzo dużo wód. Zmieniły kolor na krwisty… Brzuch mi się napiął i zaczął boleć. Narzekam, ale lekarka mówi, że to „normalne”. Pada komentarz „szyjka długa, 2.5 cm” (trudno się spodziewać rozwarcia skoro nie ma skurczów) „…ale przepuszcza palec.” Tak. Czułam.

Potem USG, bo czemu nie? Lekarka nie mówi z jakiej przyczyny i w jakim celu…

„Popatrzymy na dzidziusia.”

Później doliczę się, że to było trzynaste(!) USG w tej ciąży. Po raz kolejny pomiary „wagi” (noga, obwody) i wód. AFI 8 (objętość wód płodowych) nadal w normie, mimo że od 7 godzin się sączą.

Po tych wszystkich przyjemnościach nadchodzi informacja – wisienka na torcie:

„Niestety na bloku porodowym NIE MA MIEJSC – będzie transfer.”

Serio? Nie dość, że mnie przemaglowała w tym gabinecie, Dom Narodzin odpadł, to teraz jeszcze wywiozą mnie do innego szpitala? No z@jebi$ci3… Zbiera mi się na płacz.

Lekarka dzwoni po szpitalach. Szczęśliwie Bielański jest w remoncie – tam najbardziej nie chciałam trafić. Ostatecznie wybór pada na „Solec”. Sprawdzam na gdzierodzic.info jakie mają statystyki – nie jest źle…

Wychodzę z gabinetu w bezpieczne ramiona Kamila i ryczę. Czy mogło być gorzej? Lekarka woła za mną, żebym poszła jeszcze na KTG. Czuję się tak podle, że robię wszystko co każą, nie myśląc po co mi to.

3 komentarzy do “Narodziny Adzia – mój pierwszy poród

  1. placze. bo tak samo wygladal moj pierwszy porod.
    i nie odczarowaly go kolejne dwa piekne porody w domu narodzin.
    minelo 10 lat. a ja nadal mam ogromny zal. zlosc. na siebie. na nich. na ojca.
    przez 10 lat flashbacki.
    miesiac temu olsnilo mnie, ze w tym szpitalu, wtedy, zostalam zgwalcona.

  2. Rodziłam 7miesięcy temu. Miało być w domu, wyszło w szpitalu i to z vacuum. Najgorsze było traktowanie mnie przez położną na sali porodowej. Dziwne odzywki. No i oczywiście przebicie pęcherza płodowego bez mojej wiedzy i zgody, oksytocyna, ktg, parcie na leżąco z łapaniem za kolana i przyciskaniem na brzuch przez lekarza. Zawsze chciałam mieć więcej niż 1 dziecko, narazie po tych doświadczeniach nie myślę o kolejnym, ale mam nadzieję, że to się zmieni i uda mi się urodzić pięknie w domu 😊

  3. Tak strasznie Ci współczuję, nie tak powinno wyglądać przyjście człowieka na świat.
    Moje wymarzone narodziny pierwszego dziecka też zamieniły się w szpitalny koszmar. Zostałam workiem ziemniaków pocięta i okaleczona. Dochodzę do siebie od półtora roku na terapii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Podobne artykuły